Mieszkania treningowe to był najlepszy trening


– Nie szukałem Fundacji PODAJ DALEJ. To ona znalazła mnie. Przyjechałem do prowadzonych przez Fundację mieszkań treningowych bez żadnych oczekiwań. Nie chciałem się zawieść. I nie zawiodłem się – mówi Remigiusz Krzępiec z miejscowości Posada k. Konina.  

Dopiero się rozkręcałem

Ten wypadek, po którym teraz poruszam się na wózku wydarzył się niedawno, bo rok temu (2025). Tak naprawdę to zaczynałem wtedy dorosłe życie, chociaż sporo udało mi się już zdziałać. Skończyłem I Liceum Ogólnokształcące im. Tadeusza Kościuszki w Koninie. Spróbowałem studiów na Politechnice Poznańskiej i uznałem, że „ślęczenie” nad książkami jest sprzeczne z moją energiczną naturą. Zrobiłem zawodowe prawo jazdy, zostałem kierowcą ciężarówki i jeździłem nią po całej Europie i Wielkiej Brytanii. Zająłem się też nieruchomościami – remontami i wynajmem mieszkań. A że mi wciąż było mało ruchu, to wpadałem często na siłownię i zostałem strażakiem, a nawet dowódcą Ochotniczej Straży Pożarnej w naszej miejscowości.   

Wypadku nie pamiętam

I jeszcze dwóch dni przed wypadkiem i trzech miesięcy po nim. To co wiem, opowiedzieli mi ludzie, którzy brali udział w tych wydarzeniach… A zatem: Poznań, moje mieszkanie, ranek 27 stycznia, czyli poniedziałek. Podobno zadzwoniłem do mamy, choć prawie nigdy tego nie robiłem. Podobno rzucałem jakieś niecenzuralne słowa, potem krzyczałem: co jest, co jest… W którym momencie wypadłem z tego czwartego piętra, to nie wie nikt… Rodzice przestraszyli się, zadzwonili do moich sąsiadów, żeby sprawdzili co się stało… Później, w karcie szpitalnej wpisali mi: próba samobójcza. Tylko, że ja nie pamiętam, abym kiedykolwiek chciał skończyć swoje życie…

Nie „zasłużyłem” na pościel

Byłem w tak ciężkim stanie, że kiedy przywieźli mnie do szpitala to nie przenieśli mnie nawet na łóżko. Trzy dni przeleżałam na desce ratowniczej. Sądzili, że niedługo ogłoszą zgon… Świadomość zacząłem odzyskiwać po dwóch miesiącach. Na oddziale intensywnej opieki medycznej (OIOM) przeleżałem trzy miesiące, a potem półtora miesiąca na neurochirurgii. Lista obrażeń? Miałem złamany kręgosłup bardzo wysoko: na odcinkach od C2, C3, C4, C5 i C6 wybuchowo po Th4 i Th 5. Do tego połamane żebra, krwiaka w głowie w miejscu zagrażającym życiu, który uszkodził nerw wzrokowy i pękniętą wątrobę. W czwartym tygodniu pobytu na OIOM-ie nastąpiło zatrzymanie akcji serca na pół godziny. 

Operację na kręgosłup, a dokładniej na odcinek szyjny, miałem dopiero po dwóch miesiącach od wypadku. Dlaczego nie wcześniej? Obrażenia były tak poważne, że zabieg był niemożliwy. Byłem także oporny na środki anestezjologiczne – po prostu nie mogli mnie „uśpić”. No i jeszcze… zostałem w szpitalu zakażony gronkowcem. Odcinka piersiowego nie zoperowano do tej pory. Lekarze uznali, że nie warto… Założono mi jeszcze PEG, czyli takie wejście do żywienia pozajelitowego. Jednak przez tydzień jedzenie lało się do jamy brzucha. PEG okazał się nieszczelny. Kolejna operacja i czyszczenie otrzewnej. Wyszedłem z tego z przepukliną… Cóż… Zawierzyłem lekarzom ufając, że robią wszystko co dla mnie najlepsze… Nie rozmawiajmy już o tym…

Nie chciałem trafić do hospicjum

Po pobycie na OIOM-ie przenieśli mnie na oddział neurochirurgii. Opuściłem go z odleżynami na kości krzyżowej i potylicy – w tym miejscu zupełnie straciłem włosy. Przez te odleżyny nie przysługiwała mi dalsza rehabilitacja finansowana przez NFZ. Kiedy chcieli przenieść mnie do hospicjum (aby leczyć te odleżyny) – zaprotestowałem. Wiedziałem, że przebywanie wśród ludzi na skraju życia nie będzie dla mnie dobre. Wciąż chciałem żyć.

Mam marzenie: wykąpać się!

Wspólnie z rodziną zaczęliśmy szukać ośrodka, który by mnie dalej rehabilitował. Znaleźliśmy go w Krakowie. Tam nareszcie zostałem wykąpany, bo w szpitalu byłem tylko myty w łóżku. Tam leczyli moje odleżyny i tam miałem bardzo intensywną rehabilitację – 4 godziny dziennie. Powiem Wam tak – kiedy tam przyjechałem nie ruszałem niczym. W ośrodku zacząłem siedzieć, najpierw w łóżku, a potem na wózku. Ćwiczyłem też codziennie jazdę na wózku. Robiłem kółka wokół recepcji. Pierwsze zajęło mi 55 minut. Ostatnie, przed wyjazdem – 3 minuty. 

Tematu wózka nikt nie poruszał

Miałem świadomość w jakim jestem położeniu, ale żaden lekarz, rehabilitant nie odbył ze mną żadnej rozmowy o tym, że już zawsze będę poruszał się na wózku. Z rodzicami też o tym nie rozmawiałem… Ale wszystkim specjalistom zadawałem jedno pytanie: czy znają przypadek podobny do mojego, w którym osoba z takimi obrażeniami jak moje lub nawet mniejszymi zaczęła chodzić… Przepytałem ze 100 osób. Nikt takiego człowieka nie znał… Po 5 miesiącach w Krakowie wróciłem do rodzinnego domu.  Zacząłem też intensywną rehabilitację – czasem nawet 6 godzin dziennie. I wtedy znalazła mnie Fundacja im. Doktora Piotra Janaszka PODAJ DALEJ. A powiedział im o mnie syn koleżanki mojej mamy, który również porusza się na wózku.

Dostałem więcej, niż przypuszczałem

Rozmowa kwalifikacyjna do mieszkań treningowych była bardzo szczegółowa. Przyznaję, że nie miałem wysokich oczekiwań. Po prywatnym, komercyjnym ośrodku w Krakowie, trochę się obawiałem na jakim poziomie będzie rehabilitacja w programie, który jest nieodpłatny. Ale, okazało się, że to właśnie pobyt w mieszkaniach dał mi do tej pory najwięcej. Najważniejsze dla mnie (a myślę, że i dla wszystkich osób, które nagle znalazły się na wózku będzie to istotne) było to, że poznałem tam ludzi z podobnymi uszkodzeniami do moich, którzy są na wózkach 10, 20 lat i dłużej. Bo oni już wiedzą co tak naprawdę na wózku można zrobić, a czego nie; a jeśli coś robić, to w jaki sposób. Bardzo wysoko oceniam też ustawienie mojego wózka. Specjaliści z Fundacji obejrzeli go dokładnie, zmienili parametry i okazało się, że mogę się na nim teraz poruszać o wiele sprawniej i wykonywać więcej czynności, a siedząc na nim nie czuję żadnego dyskomfortu.  

Wjechałem w nowy etap

Co mogę już robić? Poruszam się sam wózkiem manualnym po niezbyt wymagającym terenie, przygotowuję sobie kawę z ekspresu, wkładam kubek do zmywarki… To całkiem sporo jak na moje obrażenia i wynikające z nich ograniczenia, a także stosunkowo krótki czasu rehabilitacji. Chciałbym jeszcze nauczyć się sam przesiadać z wózka i na wózek. Obserwowałem innych, więc wiem, że się da. Teraz, po powrocie do domu sam próbuję to wyćwiczyć…

Co dalej? Porozmawiałem z doradcą zawodowym w Fundacji. Jednak pójdę na studia. Wiem, że bez nich nie będą mógł robić tego, co ciekawe. Na razie myślę o psychologii i pracy z osobami po przejściach i z niepełnosprawnością. Kiedy zobaczą mój wózek będą wiedzieli, że to co mówię nie jest teorią. No i jeszcze… Pewnego dnia Emilia, trenerka niezależnego życia z Fundacji PODAJ DALEJ, zabrała nas na mecz rugby na wózkach. Zrobił na mnie ogromne wrażenie. Chcę się zapisać na treningi i uprawiać ten sport. Zwykła rehabilitacja czasem jest zbyt monotonna. A ja wciąż mam żywiołową naturę.